poniedziałek, 1 grudnia 2014

TOP 10 Albumów 2014

         Rok 2014 ma się już ku końcowy, więc czas najwyższy na jego muzyczne podsumowanie. Przygotowałem zestawienie dziesięciu nowych albumów, które najbardziej przypadły mi do gustu. W czasie ostatnich dwunastu miesięcy było ich na szczęście wyjątkowo dużo, i to nie tylko na scenie zagranicznej, trafiło się też kilka rodzimych, które zdecydowanie pokazały klasę. Więc:

10.  THE JUAN MACLEAN- IN A DREAM

http://cdn.shopify.com/s/files/1/0192/0262/products/dfa2448_packshot_scd_1024x1024.jpg?v=1410813438           Po rozpadzie LCD Soundsystem w 2011,  lider grupy, James Murphy, poświęcił się kierowaniu swoją wytwórnią płytową, DFA Records. Inni członkowie zespołu zajęli się solowymi projektami lub pozakładali zespoły i wydali własne płyty za pośrednictwem DFA. Wytwórnia nie serwuje zbyt różnorodnej muzyki, większość albumów jest utrzymana w klimatach muzyki elektronicznej i dance-punku, posiada również widoczne ślady po LCD Soundsystem, więc zainteresuje się nimi niemal każdy fan tej przełomowej grupy. In a Dream autorstwa Juan Maclean nie jest od tej reguły wyjątkiem. Zespół tworzą John Maclean i Nancy Whang (dawna członkini LCD). Album zawiera dziewięć kompozycji będących mieszanką elektroniki, popu, disco i punku. Moim faworytem jest niezwykle melodyjne A Simple Design, wyjątkowo chwytliwe jak na muzykę tego typu. Potężna gitara i silny wokal Nancy w A Place Called Space sprawiają, że jest to najmocniejszy utwór otwierający płytę w dorobku Macleana. Obowiązkowa propozycja dla fanów elektroniki w klimatach LCD Soundsystem.


9. MUSEUM OF LOVE- MUSEUM OF LOVE

http://www.brooklynvegan.com/img/bp/museum-of-love-LP.jpg         Tutaj będzie krócej, bo powtarza się historia spod numeru dziesiątego. Kolejna płyta z metką DFA Records, z ta różnicą, że jeszcze lepsza. A to dla tego, że debiut grupy Museum of Love jeszcze bardziej zbliża się do ścieżki wytyczonej przez Jamesa Murphiego,a także dodaje wiele od siebie. Instrumenty dęte w The Who's of Who Cares robią z niego jeden z moich ulubionych kawałków minionego roku. Uwielbiam połączenia tych instrumentów z muzyką elektroniczną, a Museum of Love korzysta z nich perfekcyjnie! Poza tym największą zaletą albumu jest jego przystępność. Elektronika nie jest najłatwiejszą rzeczą do słuchania, jednak w tym przypadku płyta wciąga już za pierwszym razem, zwłaszcza singlowe Monotronic i finałowe And All The Winners. W 2014 była lekka susza jeśli chodzi o dobrą elektronikę, a Museum of Love świetnie zapełniło pustkę po rozczarowującym solowym albumie Thoma Yorka. Jeśli nie wiesz o czym mówię... Nie tracisz zbyt wiele.

  

8.  LANA DEL REY- ULTRAVIOLENCE

http://cdn.pitchfork.com/news/55119/8dda5e1b.png
         Niespecjalnie podobała mi się jej pierwsza płyta, od razu to zaznaczę. Blue Jeans, albo Summertime Sadness miały swój urok, ale album jako całość... Miał swoje momenty, ale sporo sampli było wręcz irytujących a wokal Lany w takim Off To The Races brzmi aż śmiesznie. Jednak na swoim drugim krążku piosenkarka obrała nieco inny kierunek. Popowe sample zastąpiła gitarami, a wrzynające się w ucho hity radiowe spokojnymi melodiami w stylu retro. Z dodatkiem jej unikalnego głosu powstała mroczna, delikatna płyta, znacznie lepsza od poprzedzającej ją Born to Die. Może i lirycznie wciąż jest ciut monotonnie,it  to wątpię żeby w jej przypadku było to dla kogoś priorytetem. Ważne jest za to, że Another Woman brzmi jak soundtrack z czarno- białego filmu, Old Money przypomina nieco Video Games, jest jednak jeszcze lepsze w mojej opinii, a gitara w Shades of Cool i West Coast przykuwa większą uwagę niż sama wokalistka. Może nie jest to album jakiego spodziewali się fani i może nie był wielkim sukcesem komercyjnym. Był jednak jednym z najciekawszych dzieł wydanych w tym roku.


7. LINKIN PARK- HUNTING PARTY

http://assets.rollingstone.com/assets/images/album_review/lp-1402693665.jpg           Poprzedni krążek Linkin Park pt. Living Things zawojował stacje radiowe z pomocą takich hitów jak Burn it Down czy Castle of Glass. Problem w tym, że zespół stracił swoją oryginalność, wspomniane utwory przepłynęły razem z całym radiowym szambem, każdy śpiewał Burn it Down pod nosem przez pięć minut i jedyne co po Linkin Park zostało to sława zespołu dla gimnazjalistów.  Ich kolejny singiel, A Light That Never Comes pokazał, że wcale im ta opinia nie przeszkadza, bo była to ta sama bajka co poprzednia płyta. Jednak potem ktoś poszedł do rozum do głowy i powstało Hunting Party. Album dużo lepszy od poprzednika i dużo mniej popularny. Chyba żaden z promujących utworów nie uzbierał nawet dziesięciu milionów wyświetleń na Youtube. Ciekawe gdzie się podziało to całe gimnazjalne towarzystwo, które jeszcze dwa lata wcześniej uważało się za zagorzałych fanów? Ale do rzeczy. Hunting Party to zwrot o sto osiemdziesiąt stopni w karierze zespołu. Zamiast syntezatorów i marnej elektroniki mamy ciężkie brzmienie gitary, którego u LP nie było już dawno. Jest też dużo więcej rapu niż na poprzednim krążku, co zdecydowanie wychodzi mu na plus. Gniewne Wastelands przywodzi na myśl najlepszą twórczość zespołu z czasów Meteory, a to co się dzieje w niemal sześciominutowym Guilty All The Same jest nie do opisania. W dodatku zespół zaprosił aż czterech gości. Najlepiej spisał się Daron Malakian swoim występem w Rebelion. Płyta ma swoje minusy, między innymi trochę mdły utwór otwierający album, ale i tak jest wręcz bez porównania lepszy niż ich ostatni wyczyn. Oby tak dalej.


6. HAPPYSAD- JAKBY NIE BYŁO JUTRA

http://merlin.pl/Jakby-Nie-Bylo-Jutra_Happysad,images_big,29,MYSTCD262.jpg           No, czas na coś polskiego. Nie słucham zbyt wielu rodzimych kapel, ale happysad wyjątkowo przypadł mi do gustu. Od czasu genialnej Nieprzygody nabrali niezwykłego brzmienia, którego nie powstydziłyby się zespoły na skalę światową (czy tylko mnie tak zachwyca solówka w Jałowcu?). Nie chcę zbytnio przesadzić, bo Kuba Kawalec ma tendencje do spłycania twórczości zespołu swoimi infantylnymi tekstami. Nie mówię, że zawsze się tak dzieje, słowa do Zanim Pójdę są wręcz kultowe, ale raczej mało który poważny artysta mógłby zaśpiewać Lgniemy do siebie jak opętane bańki mydlane... Wypominam to na początku, bo jest to cytat z najnowszej płyty zespołu, która była by pewnie duży wyżej w zestawieniu, gdyby nie zagrania tego typu. Zespół nazywa Jakby Nie Było Jutra swoim najdojrzalszym albumem i faktycznie tak jest. Ale tylko w warstwie muzycznej. Skoczne Tańczmy, progresyjne Smutni Ludzie, elektroniczne Ciała Detale... Muzycy pokazali, że potrafią sklecić coś dużo ambitniejszego niż kilka chwytów na gitarze. I wyszło im niesamowicie, skoro stawiam ten album tak wysoko, mimo że wokalista niespecjalnie dotrzymuje kroku reszcie grupy.


5. WE DRAW A- MOMENTS

http://ecsmedia.pl/c/we-draw-a-moments-b-iext27448183.jpg          I znowu polska płyta, chociaż po angielsku. Duet We Draw A to najlepsze co przytrafiło się polskiej muzyce elektronicznej w ostatnich latach. Porywające Lowbanks niezaprzeczalnie to potwierdza. Jest to płyta spójna i spokojna, nie licząc pierwszych trzech minut ostatniej kompozycji. Nie wiem kto stwierdził, że dźwięki skrzypiącej huśtawki będzie miłe dla ucha, ale mniej więcej z tego składa się te kilka minut utworu. Na początku może to być sporym wyzwaniem dla słuchacza. Jednak poza tym, zespół serwuje nam ponad czterdzieści minut delikatnej, wpadającej do ucha elektroniki. Nie wydaje mi się żeby gdziekolwiek została tam użyta gitara czy inny instrument, muzycy w pełni zdali się na komputery i zdecydowanie wyszło im to na dobre. Ich styl przypomina nieco Moderata, ale te spokojniejsze kompozycje. Idealna płyta do słuchania w nocy, dopiero wtedy naprawdę nabiera klimatu.



4. U2- SONGS OF INNOCENCE

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/7/7f/U2_Songs_of_Innocence_Physical_Cover.jpg           Ugh. W tym przypadku będę się streszczał, bo o tym albumie powiedziano już niemal wszystko. Nie napiszę o jego sposobie dystrybucji, każdy zna te historie. A jeśli chodzi o sam materiał to jest to zwyczajnie bardzo dobra płyta. Nie próbuje być niczym przełomowym, ale kto oczekuje przełomu od U2 po tylu latach kariery? Już swoje zrobili, pora na kogoś innego. Songs of Innocence nie jest też jednak odcinaniem kuponów, bo brzmienie jest świeże i niemal wszystkie utwory wpadają w ucho przy pierwszym przesłuchaniu. Moimi faworytami są The Troubles i Every Breaking Wave, utwory, które mogę się jeszcze założyć, że będą mielone na okrągło przez stacje radiowe i nucone przez ludzi, którzy ostatnie miesiące spędzili na narzekaniach, jak to bezczelnie U2 włamuje im się do bliblioteki iTunes.

3. DAMON ALBARN- EVERYDAY ROBOTS

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/5/58/Damon-albarn-everyday-robots.jpg                Tu zaczynają się prawdziwe perełki. Prawdopodobnie większość osób kojarzy Albarna z działalności w zespole Gorillaz. Sam nie jestem zbyt wielkim fanem tej grupy, mieszają tyle gatunków muzyki, że trudno jest się odnaleźć słuchając całego ich materiału. Na Everyday Robots nie ma tego problemu. Mocną stroną albumu jest właśnie jego spójność i niezwykle intymny klimat. Lekkie, falujące melodie, cichy akompaniament pianina, delikatny głos Albarna... Wszystko zdaje się dopełniać perfekcyjnie. Gdybym miał to porównać do Gorillaz, styl jest najbardziej zbliżony do utworów Empire Ants i To Binge z płyty Plastic Beach. Mają ten sam senny charakter. Najmocniejszą częścią albumu są dwie zgrabnie połączone piosenki, Lonely Press Play i Mr Tembo, to drugie z nieco weselszym nastrojem opowiada historię... Słonia. Ciekawe, że znalazła się zaraz po melancholijnej piosnce o samotności i jeszcze jakimś cudem brzmiała spójnie.   Może nie ma w tym albumie niczego przebojowego, ale to kolejna płyta którą trzeba przesłuchać samemu, w nocy, na słuchawkach. Jeśli cię nie wciągnie, przynajmniej posłuży jako świetna kołysanka.


2. KASABIAN- 48:13

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/b5/Kasabian_48_13.jpg             Kasabian. Dużo słyszałem o tym zespole, ale do premiery 48:13 nie miałem okazji do przesłuchania żadnego z ich dokonań. Jednak gdy w radiu usłyszałem Eez-eh postanowiłem to zmienić. I bardzo dobrze, Bo 48:13 szybko stało się jednym z najczęściej powtarzanych albumów w moim odtwarzaczu. To co tak mnie w nim urzekło to świetne wykorzystanie elektroniki. Było to dla zespołu praktycznie nowe terytorium, poprzednie płyty to w większości typowe gitarowe granie, tym większy sukces, że tak dobrze odnaleźli się na nowym polu. W dodatku album został dość ciepło przyjęty przez fanów, co jest niemałym osiągnięciem przy tak drastycznej zmianie stylu. Najlepiej na krążku bronią się kompozycje typowo elektroniczne, jak Treat czy Explodes. Kwintesencją płyty jest Stevie w którym zmieszano chyba wszystkie pomysły jakie zespół wykorzystał na tym albumie. Zespół daje nam odpocząć od tego elektronicznego tłoku w krótkich interludiach oraz finałowym S.P.S., który wydaje się kompletnie nie pasować do reszty materiału, jest jedną z prostszych kompozycji zespołu. Ale po takiej bombie jaką były poprzednie kawałki takie wyciszenie jest jak najbardziej na miejscu.


1. COLDPLAY- GHOST STORIES

http://ecsmedia.pl/c/ghost-stories-b-iext24824539.jpg             Może to niezbyt oryginalny wybór, bo Ghost Stories jest najlepiej sprzedającą się płytą tego roku, no ale nic nie poradzę. Jest po prostu cudowna. Choć muszę przyznać, że przy pierwszych kilku przesłuchaniach nie byłem nią zachwycony. Teksty wydawały mi się wyjątkowo kiczowate, a muzyka monotonna i zbyt prosta. Gdzie podziały się eksperymenty z Vivy la Vidy? Gdzie niezapomniane brzmienie gitar z X&Y? Albo przynajmniej energia i przebojowość Mylo Xyloto? Od początku podobało mi się kilka piosenek, jak Midnight, albo Another's Arms, które niezmiennie wciąż są moimi faworytami, jednak niełatwo było mi się przekonać do bezbarwnego Magic i banalnego tekstu True Love. Jednak Ghost Stories jest jednym z tych albumów, które stają się  lepsze z każdym kolejnym przesłuchaniem. Dlatego cieszę się, że wstrzymałem się z napisaniem recenzji te kilka miesięcy od premiery, bo przez ten czas całkiem przeciętna płyta stała się moim ulubionym dokonaniem Coldplay. Podobnie jak w przypadku Everyday Robots, album nabiera magii dopiero w nocy. Otwierające Always In My Head, chyba najbardziej nastrojowa piosenka zespołu, jest idealnym wprowadzeniem do podróży, w którą zabiera nas zespół. Bo tym właśnie jest Ghost Stories. Podróżą. Poprzez samotność (Midnight), desperację (True Love), oraz pogodzenie ze światem (Oceans). I każda jedna piosenka w perfekcyjny sposób oddaje zawarte w niej emocje. Osobno te utwory zdają się być wyrwane z kontekstu, dlatego nie mogłem się do nich początkowo przekonać. Samodzielnie obronić się może jedynie chwytliwe A Sky Full of Stars, reszta niespecjalnie nadaje się do radia. A co do tekstów które na początku skrytykowałem... Może i są proste, ale za to prawdziwe. Na Mylo Xyloto Chris nieco bawił się w poetę i skutki nie były najlepsze. Do pewnych rzeczy trzeba się zwyczajnie przyzwyczaić. A kiedy się to zrobi, można cieszyć się najlepszym albumem tego roku. Może nie jest przebojowy i nie od razu wpada w ucho, ale jest jednym z najbardziej szczerych i nastrojowych dzieł ostatnich lat.







środa, 26 marca 2014

Historia Okładki: Coldplay- X&Y


Jedną z najciekawszych okładek na jakie trafiłem miał wydany w 2005 roku album X&Y grupy Coldplay. Na pierwszy rzut oka wydaje się ona przypadkowym ułożeniem kolorowych klocków, jednak łatwo się domyślić, że chodzi w niej o coś więcej. Kiedy kupiłem pudełkową wersję płyty, zauważyłem, że w środku książeczki znajduje się swego rodzaju legenda, z której pomocą można odszyfrować wiadomość zakodowaną na okładce. Wiadomość okazała się po prostu tytułem albumu, a kod czymś, co jest nazywane kodem Baudot. Powstał w latach 70- tych dziewiętnastego wieku i jest używany w dalekopisach (telegraficznych aparatach drukujących). W podobny sposób zakodowany jest tekst na ostatniej stronie książeczki, brzmiący Make Trade Fair, oraz okładki wszystkich singli promujących ten album. Ale dlaczego zespół zdecydował się na taką okładkę? Tematem przewodnim płyty jest zagubienie, poczucie, że czegoś nam brakuje, albo, że coś jest uszkodzone. Można to usłyszeć na przykład w utworze tytułowym, Fix You lub Square One. Okładka ma być odzwierciedleniem tego zagubienia- trzeba się mocno nagłowić, żeby ją rozszyfrować. 


Kod Baudot
 Jest to jedna z moich ulubionych okładek, wspaniale wprowadza w styl albumu.  Uwielbiam, kiedy zespół próbuje nam coś przekazać poprzez okładkę albumu,a w tym Coldplay jest naprawdę dobry, co pokazuje również okładka ich najnowszego albumu, Ghost Stories. Wiem, że najważniejsza jest sama muzyka, ale jednak przyjemniej słucha się płyty z zakodowaną wiadomością na okładce, niż czarno- białym zdjęciem wokalisty. Automatycznie można wyczuć, że skoro twórca przekazał głębszy sens już w warstwie graficznej płyty, to to samo zrobił w warstwie muzycznej. I w tym przypadku, takie przypuszczenia są jak najbardziej słuszne.                

F.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                

You Can't Win, Charlie Brown- Chromatic


Ostatnio, słuchając LCD Soundsystem na YouTubie, w wyszukiwaniach z podobnymi wykonawcami zauważyłem utwór An Ending grupy You Can't Win, Charlie Brown. Zainteresowany nazwą zespołu, włączyłem piosenkę, i nie pożałowałem. An Ending jest finałowym utworem z wydanej w 2011 roku płyty Chromatic. Cały album oczarował mnie w równym stopniu, jak wspomniany już wcześniej utwór. Płyta zawiera dwanaście utworów utrzymanych w klimacie spokojnego indie rocka, w którym jednak można dostrzec pewne wpływy LCD Soundysytem (np. w Over The Sun/ Under The Water), a chwilami także Radiohead (ponure Glimpse przypomina mi nieco dokonania z czasów Amnesiaca i Hail To The Thief). Jednak większa część albumu utrzymana jest w wesołym nastroju. Głównie za sprawą radosnych wstawek elektronicznych, obecnych niemal w każdym utworze, brzmiących nieco w stylu tych od wspomnianego LCD Soundsystem. To one kształtują to oryginalne brzmienie zespołu. Gitary elektrycznej właściwie tam nie słyszałem, najwięcej jest dźwięków pianina i gitary akustycznej, choć rola gitary jest na Chromatic bardzo uproszczona. Choćby w Songworm, pojawiają się chyba tylko dwa akordy; to sample sprawiają, że ten utwór jest w ogóle ciekawy. Muszę też napisać parę słów o An Ending, bo zacząłem od niego recenzję, a właściwie nie podałem żadnych szczegółów na jego temat. Jest cudownym utworem na zakończenie tej płyty- jest długi, stonowany, brzmienie dzwonków w piękny sposób komponują się z pianinem. Żaden inny utwór nie byłby tak dobrym finałem tego krążka. Album ma jak jednak kilka problemów: w Until December wokale chwilami są cichsze, a chwilami głośniejsze. Wiem, że może jest to umyślny zabieg artystyczny, ale jeśli tak, to niespecjalnie udany. Inną wadą jest głos samego wokalisty- może nie jest zły, ale podobny wokal słyszeliśmy już w indie rocku aż za wiele razy, jest po prostu przeciętny. Wydaje mi się również, że zespół wybrał do promocji albumu nieodpowiednie utwory- na Chromatic są dużo lepsze piosenki niż Songworm i Until December. Możliwe, że to miało wpływ na bardzo małą popularność albumu, który moim zdaniem, jest bardzo niedoceniony.
OCENA: 7/10

F.

niedziela, 16 marca 2014

TOP 13

Postanowiłem zrobić małą toplistę moich ulubionych wykonawców, albumów i piosenek. Jedynie je wypiszę, bo szersze wpisy na ich temat prawdopodobnie już się na moim blogu pojawiły, a jeśli nie, to na pewno się pojawią. A więc:

                                 ALBUMY:
       
        1. Thom Yorke- The Eraser
        2. Coldplay- Viva La Vida or Death And All Of His Friends
        3. LCD Soundsystem- 45:33
        4. Smash Mouth- Astro Lounge
        5. Kult- Poligono Industrial
        6. Radiohead- Amnesiac
        7. LCD Soundystem- This Is Happening
        8. Strachy Na Lachy- Dodekafonia
        9. Kazik- Oddalenie
        10. Florence+The Machine- Lungs
        11. System of a Down- Hypnotize
        12. Justin Timberlake- 20/20 Experience (part 2/2)
        13. Coldplay- X&Y

                   
                              WYKONAWCY:

       1. Coldplay
       2. LCD Soundsystem
       3. Smash Mouth
       4. Radiohead
       5. Kult
       6. Florence+The Machine
       7. Amy Macdonald
       8. Linkin Park
       9. Lana Del Rey
       10. System of a Down
       11. Mjut
       12. Justin Timberlake
       13. Krista Muir

               
                            PIOSENKI:

       1. Coldplay- Life In Technicolor ii
       2. LCD Soundsystem- Dance Yrself Clean
       3. Strachy Na Lachy- Radio Dalmacija
       4. U2- Numb
       5. Justin Timberlake- True Blood
       6. Coldplay- Midnight
       7. A Great Big World- I Really Want It
       8. Radiohead- Life In A Glasshouse
       9. Snowflake- Give It Up (Start Again)
       10. Queen- Innuendo
       11. Linkin Park- Blackout
       12. Radiohead- Separator
       13. LCD Soundsystem- 45:33 (part 4)



To było moje TOP 13. Pewnie wprowadzę w nim jakieś zmiany, kiedy pojawi się nowy krążek Coldplay, ale to dopiero w maju...

F.            

piątek, 7 marca 2014

Happysad- Ciepło/Zimno

Happysad pracuje nad nową płytą, więc w międzyczasie warto przypomnieć sobie ich ostatni wydany krążek, Ciepło/Zimno. Po kontrowersyjnym Mów Mi Dobrze, na którym zespół serwował nam raczej proste i niespecjalnie rockowe melodie, przyszedł czas na powrót do starego stylu grupy. Jednak klimat jest trochę inny niż na poprzednich albumach. Słuchając Ciepło/Zimno odczuwa się spokój, odprężenie, nawet podczas tych mroczniejszych utworów. Kuba Kawalec śpiewa w nich z większą wesołością niż zwykle. Płyta przynosi też dużo naprawdę dobrego, gitarowego grania (wesoły riff we Wpuść Mnie, czy ostre brzmienie w Ciepło/Zimno). Tekstowo to typowy Happysad, są piosenki o miłości, szczęśliwej i nieszczęśliwej, parę kawałków z podtekstem seksualnym, jest też chyba najweselsza piosenka o próbie samobójczej (Most Na Krzywej). Ale najpiękniejszy tekst ma finałowy utwór Nic Nie Zmieniać: "Siadaj koło mnie, to dla ciebie jest ławka, patrz jak pięknie o miłości gada ten, który miłości nigdy nie zazna". To byłoby cudowne zakończenie płyty, jednak jest jeszcze utwór ukryty- Stare Miasto, spokojna piosenka, wyciszenie po majestatycznym Nic Nie Zmieniać. Album ma też słabsze momenty, jak przeciętne Do Krwi, albo Nie Będziem płakać, zniszczone przez kompletnie niepasujący do utworu żeński wokal.
Jak dla mnie, płyta jest jedną z najlepszych w historii zespołu, a już na pewno jest lepsza od swojej poprzedniczki. Ma swoje gorsze i lepsze chwile, ale ogólnie prezentuje się bardzo dobrze, jakości dodaje jej przede wszystkim piękne brzmienie gitar, którego trochę zabrakło na Mów Mi Dobrze.
OCENA: 8.5/10

F.

piątek, 28 lutego 2014

Lorde- Pure Heroine

Jesienią ostatniego roku ukazał się debiutancki krążek młodej, australijskiej piosenkarki- Lorde. Wybiła się głównie dzięki minimalistycznemu, elektroniczno-popowemu przebojowi- Royals. Bardzo wyróżnia się on na tle innych radiowych hitów, podobnie jak pozostałe single: Tennis Court, Team i Buzzcut Session. Wśród swoich inspiracji wymienia dubstepowy Burial, w jej muzyce łatwo usłyszeć też wpływy Lany Del Ray (zwłaszcza refren Team brzmi jak wycięty z Born to Die). Płyta jest stosunkowo krótka, nie ma nawet czterdziestu minut, ale wychodzi jej to na dobre. Minimalistyczne sample może i dodają albumowi mroku i oryginalności, ale raczej nie trzyma słuchacza w zaciekawieniu na długo. Te dziesięć kawałków na Pure Heroine to akurat w sam raz, by nie znudzić słuchacza. Wszystkie brzmią podobnie, ale każdy z nich ma swoją nutkę oryginalności, która odróżnia go od reszty, np. chórki w Royals, gitara w World Alone, czy refren Team. Fajny efekt daje też wesoła melodia White Teeth Teens, mojego faworyta na albumie.
Pure Heroine powinien przesłuchać każdy fan nieco bardziej wymagającej muzyki pop. Może na dłuższą metę monotonny styl Lorde może się przejeść, to na razie nie trzeba się o to martwić. Zwłaszcza, że artystka nie planuje długiej kariery muzycznej, jeśli wierzyć temu co mówi w wywiadach.
OCENA: 7/10

F.

Nowy Coldplay



W tym tygodniu do sieci trafił nowy utwór Coldplaya, Midnight, wraz z teledyskiem wyreżyserowanym przez Mary Wigmore. Utwór obraca wszelkie oczekiwania fanów wobec nowego albumu o sto osiemdziesiąt stopni. Po pop-rockowym Mylo Xyloto, nikt nie podejrzewał, że zespół przerzuci się na muzykę elektroniczną, wzorowaną min. na Bon Iver, Radiohead czy Peterze Gabrielu.




 I trzeba przyznać, że piosenka jest naprawdę niesamowita. Coldplay ostatnimi czasy przebąkiwał coś o nowej płycie, ale nie byłem tym specjalnie zainteresowany. Jednak po usłyszeniu Midnight zmieniłem zdanie. Bit jest strasznie wciągający, a elektronika delikatna i niezwykle przyjemna. Niesamowite, jak zespół szybko odnalazł się w nowym klimacie i wykorzystał go perfekcyjnie, co widać między innymi po tym, jak ciepło utwór przyjęty został przez fanów. Jedyne kontrowersje budzi głos Chrisa, znacznie zniekształcony na nagraniu, jak wielu uważa- niepotrzebnie.
Jednocześnie w internecie zaczęły pojawiać się niusy, że zespół pracuje również nad teledyskiem do pierwszego utworu promującego nowy album. Czy oznacza to, że Midnight nie pojawi się na nowym krążku? Byłaby to naprawdę wielka strata. Jednak tą teorię popiera fakt, że Coldplay zawsze pisał o Midnight  "New Song". Ani słowa o promocji płyty. Myślę jedna, że sprawa trochę się wyjaśni z momentem ukazania się nowego singla, Magic. Jednak data tego wydarzenia również jest nieznana. Niektóre źródła twierdzą, że utwór usłyszymy dopiero w maju, a na innych stronach możemy przeczytać, że piosenka trafi do sieci już w przyszły poniedziałek (niecałe sześć dni po wydaniu Midnight, trochę w to wątpię). Na razie zespół udostępnił zdjęcie z planu nowego teledysku.


Prawdopodobnie udostępniono właśnie to zdjęcie, by pokazać kontrast między wesołym, kolorowym Mylo Xyloto, a nadchodzącym nowym, na razie bezimiennym krążkiem. Napawa mnie to sporą nadzieją, bo może zespół stworzy równie mroczny i poruszający album, jak wydany niedawno utwór. Na razie pozostają nam tylko domysły, może dowiemy się czegoś już w nadchodzący poniedziałek. Trzeba czekać.

PS. Post będzie aktualizowany, jak tylko pojawią się jakieś nowe informacje.

F.



poniedziałek, 24 lutego 2014

Kult- Prosto

Trzy lata przyszło nam czekać na nowy krążek Kultu, z którym wiązano spore nadzieje. A to ze względu na wysoki poziom ich poprzednich albumów, Hurra i koncertowego MTV Unplugged, oraz zapewnienia Kazika w wielu wywiadach, że płyta będzie ich najlepszym tworem od lat. No i trzeba przyznać, że dotrzymał słowa.
Już pierwszy singiel, Układ Zamknięty, pokazywał, że album będzie zawierał cięższą muzykę, niż dotychczasowe dokonania Kultu. Piosenka przywodzi bardziej na myśl Kazika na Żywo w którym zastąpiono gitary trąbką, saksofonem i puzonem. Podobna sytuacja jest w tytułowym Prosto, albo w Twoje Słowo Jest Prawdą. Jednak są też lekkie, wesołe melodie, na przykład w Opowiadam się za miłością, czy typowo kultowym Dzisiaj Jest Mojej Córki Wesele. Są utwory zabawne, jak Największa Armia Świata Wzywa Cię, oraz typowe dla Kazika teksty związane z religią, tym razem już bardziej w formie błagania o wiarę, niż antykościelne. Jedynym problemem Prosto jest całkowite przyćmienie gitar przez instrumenty dęte. W dodatku grają wszystkie razem, w wielu momentach zagłuszają wszystko inne, co sprawia, że melodie wydają się niezwykle proste. Kazik sugerował, że płyta będzie tak brzmieć i to efekt zamierzony, ale to jednak trochę przeszkadza. Niektóre piosenki zlewają się w jedną papkę, brzmienie nie wnosi niczego ciekawego, na przykład w takim Życie Jest Piękne. Solówki gitarowe są tylko w dwóch utworach: w tym wspomnianym przed chwilą, oraz w Moja Myszko, choć w przypadku tego drugiego to bardziej krótki przerywnik gitarowy niż solówka. Jednak ta w Życie Jest Piękne prezentuje się całkiem nieźle i kończy płytę naprawdę czadowym riffem.
Teksty Kazika są na Prosto najlepsze od lat. Brakowało ich na Hurra, gdzie słowa większości piosenek były chaotyczne i poruszały zbyt wiele tematów na raz. A w przypadku nowego krążka są wyjątkowo trafne i konkretne. W pewnym stopniu rekompensują warstwę muzyczną niektórych utworów.
Zbierając to wszystko do kupy, Prosto jest albumem pełnym naprawdę dobrych piosenek, z których wiele ma potencjał radiowy, wiele może pozytywnie zaskoczyć, ale ma też parę słabszych pozycji, których można by spokojnie się pozbyć (na przykład takiego Teide). I pomimo kilku innych drobnych problemów i tak płytę spokojnie można umieścić w zestawieniu najlepszych albumów zeszłego roku.    
OCENA: 8,5/10

F.

sobota, 22 lutego 2014

Smash Mouth (1994-2001)



Smash Mouth to jeden z moich ulubionych zespołów. Został założony w 1994 roku przez
Steve'a Harwella, Grega Campa i Paula de Lisle'a. Większość utworów pisał Greg Camp, który odszedł z zespołu po nagraniu kilku płyt, jednak grupa jakoś radzi sobie bez niego. Zespół wydał jak dotąd sześć albumów studyjnych (nie licząc składanki Greatest Hits i płyty z coverami piosenek świątecznych), które można podzielić na dwie trylogie. Pierwsza z nich, to okres świetności zespołu, a druga ich upadek i powolne odejście w zapomnienie, za sprawą albumu Get the Picture?, który okazał się klapą. Single z tej płyty nie zostały prawie w ogóle dostrzeżone przez media, z wyjątkiem piosenki Hang On, wykorzystanej w filmie The Cat in a Hat, otoczonym jeszcze gorszą sławą niż Get the Picture?. Tyle, że wspomniany album, bardzo mi się podoba. Podobnie jak wszystkie inne krążki zespołu. Nie potrafię nawet wybrać swojego ulubionego. Jako, że kocham muzykę Smash Mouth i nie byłbym w stanie negatywnie ocenić żadnego z ich dokonań, postanowiłem, że opiszę dyskografię zespołu w dwóch postach, bez wystawiania ocen.W każdym z nich skupiając się na jednej ze wspomnianych trylogii.

Debiut Smash Mouth'a, Fush Yu Mang ukazał się w 1997 roku, promowany wielkim hitem, Walkin on the Sun. Utwór był spokojny, zabawny i chwytliwy. Jednak wielu fanów, którzy kupili ten album za sprawą wspomnianej piosenki, było nieco zawiedzionych. Znaczna część płyty, to punk-rockowe brzmienia w zupełnie innym stylu niż utwór promujący. Jednak na krążku są też spokojniejsze momenty, jak Disconnect the Dots, albo cover piosenki zespołu War, Why Can't We Be Friends?. Zespół zapoczątkował tym samym tradycję kończenia swojego albumu coverem (złamaną na Summer Girl). Teksty piosenek opowiadają o sprawach dość przyziemnych, ale płyta ma też elementy mroku. Debiut okrył się w Stanach podwójną platyną, jednak nie wróżono, że zespół utrzyma się dłużej na szczycie.

Jednak zmieniono zdanie w 1999 roku, gdy ukazało się Astro Lounge. Jest to największy sukces komercyjny zespołu. Piosenka Allstar okazała się jeszcze większym hitem niż Walkin on a Sun i została wykorzystana w całej masie filmów. Styl zespołu znacznie się zmienił. Został określony mianem ska punka z elementami surf rocka. Znacznie częściej niż na poprzedniej płycie używano keyboardu.Album jest też najdłuższym w ich dyskografii. Wszystkie szesnaście kompozycji jest utrzymanych w tajemniczym, kosmicznym klimacie. Zwłaszcza Home zachwyca swoim mrocznym brzmieniem. Oprócz Allstar utwór promowały też Then the Morning Comes, Waste i Stoned. Zwłaszcza ten ostatni niezwykle przypadł mi do gustu. Płyta jest spokojniejsza od poprzedniczki, ostre gitary można usłyszeć chyba tylko w Radio.


Po wydaniu drugiego albumu, oczekiwania wobec zespołu wzrosły. Smash Mouth zrobił ten jeden z najtrudniejszych dla muzyka kroków wydając drugą płytę lepszą od debiutu. Teraz musieli tylko utrzymać się na szczycie. Udało się. W 2001 roku ukazał się trzeci krążek zespołu. Muzycy ogłosili wcześniej konkurs dla fanów na jego nazwę. Zwyciężył (jak oryginalnie) Smash Mouth. Album był promowany coverem zespołu The Moonkeys, I'm a Believer i zyskał niemal taką popularność jak Allstar. Sporym przebojem okazało się także Pacific Coast Party. Choć płyta nie ma już takiego klimatu jak swoja poprzedniczka i nie przyniosła zbyt wielu zmian w stylu, wciąż jest na bardzo wysokim poziomie i zawiera parę ciekawostek. Smash Mouth jest po prostu bezpieczną kontynuacją Astro Lounge. To dobry krok, jeśli zyskuje się taką popularność. A co do ciekawostek o których wspominałem- zaskakuje na przykład Keep it Down, dziwaczny utwór rozpoczynający się szeptami Steve'a, w najmniej spodziewanym momencie ustępującym miejsce elektronice, przywodzącej na myśl rechot żaby. Dlatego właśnie nie wystawiam ocen tym albumom. Prawdopodobnie dla większości ta piosenka okaże się niezbyt udanym żartem muzycznym, jednak dla mnie brzmi niesamowicie. Chociaż może, ktoś usłyszy w niej tę głębię, którą ja usłyszałem.

O wydanym w 2003 roku Get the Picture? napiszę już w innym poście. O ile te płyty prawdopodobnie wielu pamięta, co do trzech następnych nie byłbym już taki pewien. Choć uwielbiam wszystkie albumu Smash Mouth, nie mogę ukryć, że tylko te pierwsze trzy miały w sobie tą przebojowość i oryginalność, dzięki której zyskali popularność na całym świecie.

F.

Green Day- 21st Century Breakdown

Ne jestem wielkim fanem zespołu Green Day. Muszę zaznaczyć, że nie przesłuchałem wszystkich ich albumów, a większość z tych przesłuchanych niespecjalnie przypadła mi do gustu. Ciężko jest stworzyć oryginalną muzykę rockową, grając w trio. Większość ich piosenek to łatwe melodie i zmieniające się chwyty gitarowe w niespecjalnie skomplikowanych rytmach. Próżno u nich szukać ciekawych riffów, czy oryginalnych rozwiązań. Cała ich magia leży w przebojowości i klimacie, w jakim jest utrzymany dany album. A w tym 21st Century Breakdown jest najlepszy. Jest to kolejna, po American Idiot opera rockowa. Album jest podzielony na trzy akty, które opowiadają o losach Glorii i Christiana za rządów Georga Busha. Choć aranżacje utworów są często do siebie podobne, to płyta nie nudzi. Właśnie dlatego, że przedstawia jedną, spójną historię. W klimat albumu świetnie wprowadzają już pierwsze dwa utwory, Song of the Century, oraz utwór tytułowy. Choć niektóre piosenki, zwłaszcza w trzecim akcie, są już nieco monotonne, ten fakt nie zraża tak bardzo, jak na trylogii albumów, którą zespół wydał w 2012 roku. Tamte utwory były zwyczajnie zbędne, natomiast na 21st Century Breakdown są ważną częścią historii. No i pojawiają się również takie perełki, jak Peacemaker, czy Viva la Gloria? (Little Girl), których melodie niezwykle wyróżniają się na tle albumu. Nie za sprawą swojej przebojowości, tak  jak Know Your Enemy, ale nietypowymi dla Green Day'a melodiami. Jak dla mnie, ta płyta zasługuje na miano najlepszego albumu Green Day, nie American Idiot, ani Dookie. Choć może nie ma takich przebojów jak Holiday, lub American Idiot, ale  jako całokształt, krążek prezentuje się dużo lepiej.
OCENA: 9/10

   F.

niedziela, 9 lutego 2014

Imagine Dragons- Night Visions

www.tellallyourfriendsmusic.com

Recenzję Night Visions piszę po jednym przesłuchaniu płyty, ale myślę, że w tym przypadku to wystarczająco żeby wyrobić sobie opinię. Album to właściwie kilkanaście przebojowych piosenek z niezbyt skomplikowanymi melodiami, które albo odpychają na samym początku, albo niesamowicie wciągają. Styl Imagine Dragons jest określany jako pop- rock, choć co do tego drugiego nie byłbym taki pewien. Gitary są na Night Visions zepchnięte na dalszy plan, główne skrzypce grają popowe melodie, sample i nieco coldplayowe śpiewy zespołu. W ogóle, płyta chwilami przypomina jakąś dziwną mieszankę Coldplaya, Linkin Parka i jeszcze jakiejś jednej, ich własnej rzeczy, która czyni ich muzykę oryginalną. Choć pewnie nie każdy się ze mną zgodzi, bo takich utworów jak na przykład Demons było już pełno i na albumie nie da się znaleźć chyba niczego, co by mogło kogoś naprawdę zaskoczyć. Podczas jego słuchania czuje się lekkie deja vu, ma się poczucie, że słyszysz przetarte popowe schematy. Ale ta unikalność, o której wspominałem, jednak tam jest.  Polega na tym, że album brzmi jak składanka Greatest Hits. Chyba każdy z utworów nadawał by się do radia. Inną zaletą Night Visions jest jej lekko mroczny klimat. Płyty najlepiej słucha się w nocy, przed snem. kiedy te utwory słyszymy w radiu, wydają się być kolejnymi popowymi pioseneczkami, dobrymi na imprezy i do wspólnego śpiewania. Jednak o wiele lepiej zrozumieć można ten album słuchając go po ciemku w samotności. Mogę spokojnie powiedzieć, że jest tak piękny i tajemniczy, jak jego okładka.
OCENA:8/10

F.

Daft Punk- Random Access Memories

www.clubic.comChyba nie ma kogoś takiego, kto nie usłyszałby o ostatnim albumie Daft Punka. Głównie za sprawą wielkiego hitu minionego roku, Get Lucky nagranego z Pharellem Williamsem. wokalista pojawia się jeszcze raz  na Random Access Memories, w Lose Yourself to Dance, która jest trochę nudnawym klonem Get Lucky, opartym na tym samym schemacie. Z utworów bardziej przebojowych można jeszcze wyróżnić Instant Crush, piosenkę raczej w klimatach popowych, z pięknym wokalem Juliana Casablancas'a. Jednak na płycie są też utwory zbędne, które niepotrzebnie wydłużają czas trwania albumu. Płyta i tak ma siedemdziesiąt minut, niektóre utwory można by spokojnie z niej wyrzucić. Na przykład takie Game of Love, które zwyczajnie nudzi. Inną wadą Random Access Memories jest to, w jakim stopniu goście zaproszeni przez zespół przyćmili samych autorów. Charakterystyczny, elektroniczny śpiew Daft Punku jest wysunięty na pierwszy plan zaledwie w kilku utworach, a w wielu nie ma ich w ogóle. A takie Fragments of Time nie ma z muzyką elektroniczną nic wspólnego. Co nie zmienia faktu, że utwór jest dobry. Myślę, że osoby, które kupiły album po usłyszeniu Get Lucky nie będą zawiedzione. Większość utworów jest ciekawa i łatwa w odbiorze , co jest ważne przy tworze tak dobrze rozpromowanym. Trochę inną opinię o albumie mogą mieć zagorzali fani dawnego, bardziej elektronicznego i mniej komercyjnego Daft Punka. Jednak ostatecznie można uznać płytę za udaną. Kiedy wyda się tak dobry utwór promujący, trudno jest stworzyć album, który spełni oczekiwania fanów. Jednak w tym przypadku się udało.
OCENA: 6,5/10

F.

sobota, 8 lutego 2014

Strachy Na Lachy- !TO!

Kiedy pierwszy raz przesłuchałem nowy krążek SNL byłem dość mocno zawiedziony. Choć Grabaż już wcześniej opowiadał, że !TO! będzie przeciwieństwem swojej genialnej poprzedniczki, Dodekafonii, to nie sądziłem, że zmiana będzie tak widoczna. Zespół stracił to, co w nim najbardziej lubiłem- głębokie teksty, mroczne, zapadające w uchu brzmienia świetne wykorzystanie sampli. Nawet głos Grabaża nie brzmi tu tak melodyjnie jak na poprzednich płytach. Piosenki są raczej proste, podobne do siebie i oparte głównie na prostych, gitarowych riffach. Nie twierdzę, że utwory są słabe. Choć nie wszystkie mi się podobają, to
merlin.pl
 płyty słucha się całkiem przyjemnie. Po prostu brzmią one, zwyczajnie,   przeciętnie, nie ma w nich tej nutki tajemniczości i poezji jaka była na wszystkich poprzednich krążkach zespołu, nawet tych z coverami. No, ale nie ma co narzekać. teksty, choć prostsze, wciąż świetnie opisują polską rzeczywistość. Jest parę świetnych utworów, jak I Can't Get No Gratisfaction, czy Dreadlock Queen. Zwłaszcza uwagę przyciąga ten drugi utwór, najbardziej przypominający stylem dawne Strachy. Szkoda tylko, że to nie on kończy album, zamiast Żeby Z Tobą Być. Już w poprzedniej recenzji wspominałem jak ważne dla mnie jest zakończenie płyty. A tu album kończy się jakimś "szaj szubidu szaj". Jakoś mnie to nie przekonuje. Podsumowując, Strachom zmiana stylu niespecjalnie wyszła na dobre. Choć płyta jest lekka i przyjemna dla słuchacza, to z tą całą lekkością zdecydowanie przesadzili. Jak dla mnie, płyta jest zbyt banalna. Ponadto, jako minus można też uznać okładkę, która jest najbrzydszą okładką w historii zespołu. Jako plusy !TO! zdecydowanie można podać sporą ilość piosenek z potencjałem na stanie się radiowym hitem i parę naprawdę trafnych tekstów. Ale to jednak za mało, by równać się z Dodekafonią, czy Piłą Tango.
OCENA: 5,5/10

F.                                                                                                               

czwartek, 6 lutego 2014

Thom Yorke- The Eraser

The Eraser to pierwszy i jak dotąd jedyny solowy album Thoma Yorka, lidera Radiohead. I zarazem mój ulubiony album w ogóle. Znajduje się na nim dziewięć minimalistycznych, elektronicznych piosenek. Choć płyta zaczyna się od trochę topornego utworu tytułowego, to potem jest już tylko lepiej. W Analyse pianino w piękny sposób zlewa się z elektroniką, a głos Yorke'a brzmi po prostu genialnie. The Clock zachwyca hipnotycznym bitem naśladującym tykanie zegara i charakterystycznym mruczeniem wokalisty. W Black Swan najbardziej wyróżnia się typowo radioheadowe brzmienie gitary. Podczas słuchania Skip Divided ciężko nie poczuć niepokoju za sprawą mrocznego syczenia węży i pomruków Thoma w tle. Jest swego rodzaju kontrastem dla następującego po nim Atoms for Peace. Utwór jest bardzo melodyjny, a brzmienia sampli są lekkie i milutkie. To najbardziej charakterystyczna piosenka na płycie. W klimat wcześniejszych utworów wraca And It Rain All Night nieco podobny do The Clock. Przedostatnim już utworem na krążku jest Harrowdown Hill, który jest zarazem jej najlepszym momentem. Jest w nim wszystko co najlepsze w tym albumie: powalający wokal, hipnotyzująca elektronika i niesamowita solówka gitarowa na koniec (szkoda tylko, że nie jest trochę dłuższa). Naprawdę, całość daje niesamowity efekt. Potem słyszymy Cymbal Rush, finałowy utwór. Jest dosyć monotonny i wypada trochę blado na tle całości albumu, a szkoda, moim zdaniem ważne jest, by zakończenie albumu najbardziej zapadało w pamięć. Ale Cymbal Rush jest bardziej rozładowaniem emocji po Harrowdown Hill. Ale i w nim jest zachowane to, co w The Eraser jest najważniejsze- idealne połączenie delikatnej muzyki elektronicznej z brzmieniem gitar. Płyta jest spokojna, nie bombarduje słuchacza ostrymi solówkami i głośnymi samplami zagłuszającymi wszystkie instrumenty. Zachwyca również okładka i obraz wewnątrz albumu. Kiedy zbierzemy to wszystko razem, uzyskujemy czterdzieści minut spójnej, delikatnej, lekko niepokojącej muzyki. I zdecydowanie widać, że kryje się w niej coś głębszego.
   OCENA: 10/10

F.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Coldplay- Mylo Xyloto

Piąty studyjny album Coldplaya przyniósł wiele zmian w stylu zespołu. Melodie były weselsze niż na poprzednich krążkach, pojawiło się więcej wpływów muzyki pop. Z tejże przyczyny album nie zyskał poparcia ortodoksyjnych fanów muzyki rockowej. Jednak moim zdaniem taki nowy powiew świeżości był zespołowi potrzebny. Wielu narzekało, że Coldplay nie potrafi sworzyć niczego poza jękliwym zawodzeniem. Cóż, po przesłuchaniu Mylo Xyloto będą musieli zmienić zdanie.
Na płycie znajduje się jedenaście piosenek, oraz trzy krótkie, instrumentalne preludia. Po pierwszym z nich słyszymy trzy najbardziej przebojowe utwory na krążku: Hurts Like Heaven, Paradise i Charlie Brown. Zwłaszcza w Paradise słychać elementy muzyki popowej, gitary są tam w znacznym stopniu zagłuszone przez sample. Na albumie jest także kilka piosenek opartych jedynie na dźwiękach gitary akustycznej, min. Us Against The World, U.F.O. i w nieco mniejszym stopniu Major Minus, w którym trudno nie usłyszeć wpływów  U2. Piosenki są wesołe, barwne    i miłe dla ucha. Jedyne co może zrazić wielu fanów zespołu, to utwór Princess Of China wykonywanym wraz z Rihanną i nie mający z rockiem właściwie nic wspólnego. Według mnie, niespecjalnie pasuje on do reszty materiału, zwłaszcza wokal Rihanny. Nie twierdzę, że piosenka jest zła, po prostu nie powinna się tam znaleźć. Ogólnie rzecz biorąc, Mylo Xyloto jest albumem udanym, utrzymanym w radosnym, kolorowym klimacie. Może nie do końca spójnym stylistycznie, ale nie rzutuje to zbyt negatywnie na całokształt.
  OCENA: 7/10

 F.

niedziela, 2 lutego 2014

LCD Soundsystem- 45:33

         W 2006 roku LCD Soundsystem wydało niezwykłe EP. Niezwykłe z kilku powodów: po pierwsze ze względu na swoją długość mogłoby właściwie zostać uznane za album, po drugie zawiera podobno soundtrack do biegania, no i po trzecie- jest ciekawym tworem z gatunku muzyki elektronicznej, zupełnie niepodobnym do wcześniejszej twórczości zespołu. Oprócz tego zawiera tylko jeden utwór, tytułowy, pocięty na sześc części. Pierwsza z nich jest dwuminutowym intrem, pełnym mieszających się w chaosie sampli i dźwięków pianina, które w drugiej części  zaczynają układać się w zgrany rytm. W pewnym momencie słyszymy w końcu głos Jamesa Murphiego. Niestety nie pojawia się zbyt często na krążku. Jedynie w części drugiej nie jest zniekształcony przez komputer. Po jakichś pięciu minutach na pierwszy plan wychodzą dźwięki sampli tworzących melodie w części trzeciej, pianino zanika. Część trzecia nie zawiera żadnych partii wokalnych, melodia jest grana na dzwonkach. Po ośmiu minutach melodia zaczyna się zmieniać i rozpoczyna się moja ulubiona część- czwarta. Rytm jest najżywszy, ten fragment wydaje mi się najlepszy do joggingu. W drugiej minucie zniekształcony przez komputer głos opowiada ledwie zrozumiałą historię o swojej "podróży w kosmos". Później pojawia się wokal żeński, już nieco bardziej melodyjny. Jej głos wraz z brzmieniem elektronicznym chwilami zlewają się ze wspaniałą partią instrumentów dętych. Uwielbiam wykorzystanie tych instrumentów w muzyce elektronicznej. Potem jest jeszcze solówka i powolne wyciszenie. I wtedy ostre brzmienie trąb rozpoczyna część piątą, szybko są jednak zastąpione przez perkusję, elektronikę i komputerowy wokal. Po dziewięciu minutach częśc piąta szybko się urywa i przechodzi w zdecydowanie zbyt długą częśc szóstą. Jest ona wyciszeniem, zakończeniem utworu, przypominającą raczej muzykę relaksacyjną. Nic konkretnego się przez te osiem minut nie dzieje, aż do ostatnich sekund, gdzie muzyka zwalnia i następuje cisza.
Podsumowując, 45:33 jest niezwykłym dziełem, które powinien przesłuchać każdy fan muzyki elektronicznej. Czy faktycznie nadaje się do słuchania podczas biegania? Część czwarta i piąta na pewno, co do reszty nie byłbym taki pewien. Jedynym zarzutem jaki mam do 45:33 jest część szósta. Dla mnie bardzo ważne jest zakończenie albumu, a to było po prostu nijakie. Brakuje też trochę charakterystycznego głosu Murphiego, ale nie ma co narzekać- 45:33 i tak pozostaje jedną z moich ulubionych płyt z muzyką elektroniczną.
OCENA: 8,5/10

F.