Rok 2014 ma się już ku końcowy, więc czas najwyższy na jego muzyczne podsumowanie. Przygotowałem zestawienie dziesięciu nowych albumów, które najbardziej przypadły mi do gustu. W czasie ostatnich dwunastu miesięcy było ich na szczęście wyjątkowo dużo, i to nie tylko na scenie zagranicznej, trafiło się też kilka rodzimych, które zdecydowanie pokazały klasę. Więc:
10. THE JUAN MACLEAN- IN A DREAM
Po rozpadzie LCD Soundsystem w 2011, lider grupy, James Murphy, poświęcił się kierowaniu swoją wytwórnią płytową, DFA Records. Inni członkowie zespołu zajęli się solowymi projektami lub pozakładali zespoły i wydali własne płyty za pośrednictwem DFA. Wytwórnia nie serwuje zbyt różnorodnej muzyki, większość albumów jest utrzymana w klimatach muzyki elektronicznej i dance-punku, posiada również widoczne ślady po LCD Soundsystem, więc zainteresuje się nimi niemal każdy fan tej przełomowej grupy.
In a Dream autorstwa
Juan Maclean nie jest od tej reguły wyjątkiem. Zespół tworzą John Maclean i Nancy Whang (dawna członkini LCD). Album zawiera dziewięć kompozycji będących mieszanką elektroniki, popu, disco i punku. Moim faworytem jest niezwykle melodyjne
A Simple Design, wyjątkowo chwytliwe jak na muzykę tego typu. Potężna gitara i silny wokal Nancy w
A Place Called Space sprawiają, że jest to najmocniejszy utwór otwierający płytę w dorobku Macleana. Obowiązkowa propozycja dla fanów elektroniki w klimatach LCD Soundsystem.
9. MUSEUM OF LOVE- MUSEUM OF LOVE
Tutaj będzie krócej, bo powtarza się historia spod numeru dziesiątego. Kolejna płyta z metką DFA Records, z ta różnicą, że jeszcze lepsza. A to dla tego, że debiut grupy Museum of Love jeszcze bardziej zbliża się do ścieżki wytyczonej przez Jamesa Murphiego,a także dodaje wiele od siebie. Instrumenty dęte w
The Who's
of Who Cares robią z niego jeden z moich ulubionych kawałków minionego roku. Uwielbiam połączenia tych instrumentów z muzyką elektroniczną, a Museum of Love korzysta z nich perfekcyjnie! Poza tym największą zaletą albumu jest jego przystępność. Elektronika nie jest najłatwiejszą rzeczą do słuchania, jednak w tym przypadku płyta wciąga już za pierwszym razem, zwłaszcza singlowe
Monotronic i finałowe
And All The Winners. W 2014 była lekka susza jeśli chodzi o dobrą elektronikę, a Museum of Love świetnie zapełniło pustkę po rozczarowującym solowym albumie Thoma Yorka. Jeśli nie wiesz o czym mówię... Nie tracisz zbyt wiele.
8. LANA DEL REY- ULTRAVIOLENCE

Niespecjalnie podobała mi się jej pierwsza płyta, od razu to zaznaczę.
Blue Jeans, albo
Summertime Sadness miały swój urok, ale album jako całość... Miał swoje momenty, ale sporo sampli było wręcz irytujących a wokal Lany w takim
Off To The Races brzmi aż śmiesznie. Jednak na swoim drugim krążku piosenkarka obrała nieco inny kierunek. Popowe sample zastąpiła gitarami, a wrzynające się w ucho hity radiowe spokojnymi melodiami w stylu retro. Z dodatkiem jej unikalnego głosu powstała mroczna, delikatna płyta, znacznie lepsza od poprzedzającej ją
Born to Die. Może i lirycznie wciąż jest ciut monotonnie,it to wątpię żeby w jej przypadku było to dla kogoś priorytetem. Ważne jest za to, że
Another Woman brzmi jak soundtrack z czarno- białego filmu,
Old Money przypomina nieco
Video Games, jest jednak jeszcze lepsze w mojej opinii, a gitara w
Shades of Cool i
West Coast przykuwa większą uwagę niż sama wokalistka. Może nie jest to album jakiego spodziewali się fani i może nie był wielkim sukcesem komercyjnym. Był jednak jednym z najciekawszych dzieł wydanych w tym roku.
7. LINKIN PARK- HUNTING PARTY

Poprzedni krążek Linkin Park pt.
Living Things zawojował stacje radiowe z pomocą takich hitów jak
Burn it Down czy
Castle of Glass. Problem w tym, że zespół stracił swoją oryginalność, wspomniane utwory przepłynęły razem z całym radiowym szambem, każdy śpiewał
Burn it Down pod nosem przez pięć minut i jedyne co po Linkin Park zostało to sława zespołu dla gimnazjalistów. Ich kolejny singiel,
A Light That Never Comes pokazał, że wcale im ta opinia nie przeszkadza, bo była to ta sama bajka co poprzednia płyta. Jednak potem ktoś poszedł do rozum do głowy i powstało
Hunting Party. Album dużo lepszy od poprzednika i dużo mniej popularny. Chyba żaden z promujących utworów nie uzbierał nawet dziesięciu milionów wyświetleń na Youtube. Ciekawe gdzie się podziało to całe gimnazjalne towarzystwo, które jeszcze dwa lata wcześniej uważało się za zagorzałych fanów? Ale do rzeczy.
Hunting Party to zwrot o sto osiemdziesiąt stopni w karierze zespołu. Zamiast syntezatorów i marnej elektroniki mamy ciężkie brzmienie gitary, którego u LP nie było już dawno. Jest też dużo więcej rapu niż na poprzednim krążku, co zdecydowanie wychodzi mu na plus. Gniewne
Wastelands przywodzi na myśl najlepszą twórczość zespołu z czasów
Meteory, a to co się dzieje w niemal sześciominutowym
Guilty All The Same jest nie do opisania. W dodatku zespół zaprosił aż czterech gości. Najlepiej spisał się Daron Malakian swoim występem w
Rebelion. Płyta ma swoje minusy, między innymi trochę mdły utwór otwierający album, ale i tak jest wręcz bez porównania lepszy niż ich ostatni wyczyn. Oby tak dalej.
6. HAPPYSAD- JAKBY NIE BYŁO JUTRA

No, czas na coś polskiego. Nie słucham zbyt wielu rodzimych kapel, ale happysad wyjątkowo przypadł mi do gustu. Od czasu genialnej
Nieprzygody nabrali niezwykłego brzmienia, którego nie powstydziłyby się zespoły na skalę światową (czy tylko mnie tak zachwyca solówka w
Jałowcu?). Nie chcę zbytnio przesadzić, bo Kuba Kawalec ma tendencje do spłycania twórczości zespołu swoimi infantylnymi tekstami. Nie mówię, że zawsze się tak dzieje, słowa do
Zanim Pójdę są wręcz kultowe, ale raczej mało który poważny artysta mógłby zaśpiewać
Lgniemy do siebie jak opętane bańki mydlane... Wypominam to na początku, bo jest to cytat z najnowszej płyty zespołu, która była by pewnie duży wyżej w zestawieniu, gdyby nie zagrania tego typu. Zespół nazywa
Jakby Nie Było Jutra swoim najdojrzalszym albumem i faktycznie tak jest. Ale tylko w warstwie muzycznej. Skoczne
Tańczmy, progresyjne
Smutni Ludzie, elektroniczne
Ciała Detale... Muzycy pokazali, że potrafią sklecić coś dużo ambitniejszego niż kilka chwytów na gitarze. I wyszło im niesamowicie, skoro stawiam ten album tak wysoko, mimo że wokalista niespecjalnie dotrzymuje kroku reszcie grupy.
5. WE DRAW A- MOMENTS

I znowu polska płyta, chociaż po angielsku. Duet
We Draw A to najlepsze co przytrafiło się polskiej muzyce elektronicznej w ostatnich latach. Porywające
Lowbanks niezaprzeczalnie to potwierdza. Jest to płyta spójna i spokojna, nie licząc pierwszych trzech minut ostatniej kompozycji. Nie wiem kto stwierdził, że dźwięki skrzypiącej huśtawki będzie miłe dla ucha, ale mniej więcej z tego składa się te kilka minut utworu. Na początku może to być sporym wyzwaniem dla słuchacza. Jednak poza tym, zespół serwuje nam ponad czterdzieści minut delikatnej, wpadającej do ucha elektroniki. Nie wydaje mi się żeby gdziekolwiek została tam użyta gitara czy inny instrument, muzycy w pełni zdali się na komputery i zdecydowanie wyszło im to na dobre. Ich styl przypomina nieco Moderata, ale te spokojniejsze kompozycje. Idealna płyta do słuchania w nocy, dopiero wtedy naprawdę nabiera klimatu.
4. U2- SONGS OF INNOCENCE

Ugh. W tym przypadku będę się streszczał, bo o tym albumie powiedziano już niemal wszystko. Nie napiszę o jego sposobie dystrybucji, każdy zna te historie. A jeśli chodzi o sam materiał to jest to zwyczajnie bardzo dobra płyta. Nie próbuje być niczym przełomowym, ale kto oczekuje przełomu od U2 po tylu latach kariery? Już swoje zrobili, pora na kogoś innego.
Songs of Innocence nie jest też jednak odcinaniem kuponów, bo brzmienie jest świeże i niemal wszystkie utwory wpadają w ucho przy pierwszym przesłuchaniu. Moimi faworytami są
The Troubles i
Every Breaking Wave, utwory, które mogę się jeszcze założyć, że będą mielone na okrągło przez stacje radiowe i nucone przez ludzi, którzy ostatnie miesiące spędzili na narzekaniach, jak to bezczelnie U2 włamuje im się do bliblioteki iTunes.
3. DAMON ALBARN- EVERYDAY ROBOTS
Tu zaczynają się prawdziwe perełki. Prawdopodobnie większość osób kojarzy Albarna z działalności w zespole Gorillaz. Sam nie jestem zbyt wielkim fanem tej grupy, mieszają tyle gatunków muzyki, że trudno jest się odnaleźć słuchając całego ich materiału.
Na
Everyday Robots nie ma tego problemu. Mocną stroną albumu jest właśnie jego spójność i niezwykle intymny klimat. Lekkie, falujące melodie, cichy akompaniament pianina, delikatny głos Albarna... Wszystko zdaje się dopełniać perfekcyjnie. Gdybym miał to porównać do Gorillaz, styl jest najbardziej zbliżony do utworów
Empire Ants i
To Binge z płyty
Plastic Beach. Mają ten sam senny charakter. Najmocniejszą częścią albumu są dwie zgrabnie połączone piosenki,
Lonely Press Play i
Mr Tembo, to drugie z nieco weselszym nastrojem opowiada historię... Słonia. Ciekawe, że znalazła się zaraz po melancholijnej piosnce o samotności i jeszcze jakimś cudem brzmiała spójnie. Może nie ma w tym albumie niczego przebojowego, ale to kolejna płyta którą trzeba przesłuchać samemu, w nocy, na słuchawkach. Jeśli cię nie wciągnie, przynajmniej posłuży jako świetna kołysanka.
2. KASABIAN- 48:13

Kasabian. Dużo słyszałem o tym zespole, ale do premiery
48:13 nie miałem okazji do przesłuchania żadnego z ich dokonań. Jednak gdy w radiu usłyszałem
Eez-eh postanowiłem to zmienić. I bardzo dobrze, Bo
48:13 szybko stało się jednym z najczęściej powtarzanych albumów w moim odtwarzaczu. To co tak mnie w nim urzekło to świetne wykorzystanie elektroniki. Było to dla zespołu praktycznie nowe terytorium, poprzednie płyty to w większości typowe gitarowe granie, tym większy sukces, że tak dobrze odnaleźli się na nowym polu. W dodatku album został dość ciepło przyjęty przez fanów, co jest niemałym osiągnięciem przy tak drastycznej zmianie stylu. Najlepiej na krążku bronią się kompozycje typowo elektroniczne, jak
Treat czy
Explodes. Kwintesencją płyty jest
Stevie w którym zmieszano chyba wszystkie pomysły jakie zespół wykorzystał na tym albumie. Zespół daje nam odpocząć od tego elektronicznego tłoku w krótkich interludiach oraz finałowym
S.P.S., który wydaje się kompletnie nie pasować do reszty materiału, jest jedną z prostszych kompozycji zespołu. Ale po takiej bombie jaką były poprzednie kawałki takie wyciszenie jest jak najbardziej na miejscu.
1. COLDPLAY- GHOST STORIES

Może to niezbyt oryginalny wybór, bo
Ghost Stories jest najlepiej sprzedającą się płytą tego roku, no ale nic nie poradzę. Jest po prostu cudowna. Choć muszę przyznać, że przy pierwszych kilku przesłuchaniach nie byłem nią zachwycony. Teksty wydawały mi się wyjątkowo kiczowate, a muzyka monotonna i zbyt prosta. Gdzie podziały się eksperymenty z
Vivy la Vidy? Gdzie niezapomniane brzmienie gitar z
X&Y? Albo przynajmniej energia i przebojowość
Mylo Xyloto? Od początku podobało mi się kilka piosenek, jak
Midnight, albo
Another's Arms, które niezmiennie wciąż są moimi faworytami, jednak niełatwo było mi się przekonać do bezbarwnego
Magic i banalnego tekstu
True Love. Jednak
Ghost Stories jest jednym z tych albumów, które stają się lepsze z każdym kolejnym przesłuchaniem. Dlatego cieszę się, że wstrzymałem się z napisaniem recenzji te kilka miesięcy od premiery, bo przez ten czas całkiem przeciętna płyta stała się moim ulubionym dokonaniem Coldplay. Podobnie jak w przypadku
Everyday Robots, album nabiera magii dopiero w nocy. Otwierające
Always In My Head, chyba najbardziej nastrojowa piosenka zespołu, jest idealnym wprowadzeniem do podróży, w którą zabiera nas zespół. Bo tym właśnie jest
Ghost Stories. Podróżą. Poprzez samotność (
Midnight), desperację (
True Love), oraz pogodzenie ze światem (
Oceans). I każda jedna piosenka w perfekcyjny sposób oddaje zawarte w niej emocje. Osobno te utwory zdają się być wyrwane z kontekstu, dlatego nie mogłem się do nich początkowo przekonać. Samodzielnie obronić się może jedynie chwytliwe
A Sky Full of Stars, reszta niespecjalnie nadaje się do radia. A co do tekstów które na początku skrytykowałem... Może i są proste, ale za to prawdziwe. Na
Mylo Xyloto Chris nieco bawił się w poetę i skutki nie były najlepsze. Do pewnych rzeczy trzeba się zwyczajnie przyzwyczaić. A kiedy się to zrobi, można cieszyć się najlepszym albumem tego roku. Może nie jest przebojowy i nie od razu wpada w ucho, ale jest jednym z najbardziej szczerych i nastrojowych dzieł ostatnich lat.