piątek, 28 lutego 2014

Lorde- Pure Heroine

Jesienią ostatniego roku ukazał się debiutancki krążek młodej, australijskiej piosenkarki- Lorde. Wybiła się głównie dzięki minimalistycznemu, elektroniczno-popowemu przebojowi- Royals. Bardzo wyróżnia się on na tle innych radiowych hitów, podobnie jak pozostałe single: Tennis Court, Team i Buzzcut Session. Wśród swoich inspiracji wymienia dubstepowy Burial, w jej muzyce łatwo usłyszeć też wpływy Lany Del Ray (zwłaszcza refren Team brzmi jak wycięty z Born to Die). Płyta jest stosunkowo krótka, nie ma nawet czterdziestu minut, ale wychodzi jej to na dobre. Minimalistyczne sample może i dodają albumowi mroku i oryginalności, ale raczej nie trzyma słuchacza w zaciekawieniu na długo. Te dziesięć kawałków na Pure Heroine to akurat w sam raz, by nie znudzić słuchacza. Wszystkie brzmią podobnie, ale każdy z nich ma swoją nutkę oryginalności, która odróżnia go od reszty, np. chórki w Royals, gitara w World Alone, czy refren Team. Fajny efekt daje też wesoła melodia White Teeth Teens, mojego faworyta na albumie.
Pure Heroine powinien przesłuchać każdy fan nieco bardziej wymagającej muzyki pop. Może na dłuższą metę monotonny styl Lorde może się przejeść, to na razie nie trzeba się o to martwić. Zwłaszcza, że artystka nie planuje długiej kariery muzycznej, jeśli wierzyć temu co mówi w wywiadach.
OCENA: 7/10

F.

Nowy Coldplay



W tym tygodniu do sieci trafił nowy utwór Coldplaya, Midnight, wraz z teledyskiem wyreżyserowanym przez Mary Wigmore. Utwór obraca wszelkie oczekiwania fanów wobec nowego albumu o sto osiemdziesiąt stopni. Po pop-rockowym Mylo Xyloto, nikt nie podejrzewał, że zespół przerzuci się na muzykę elektroniczną, wzorowaną min. na Bon Iver, Radiohead czy Peterze Gabrielu.




 I trzeba przyznać, że piosenka jest naprawdę niesamowita. Coldplay ostatnimi czasy przebąkiwał coś o nowej płycie, ale nie byłem tym specjalnie zainteresowany. Jednak po usłyszeniu Midnight zmieniłem zdanie. Bit jest strasznie wciągający, a elektronika delikatna i niezwykle przyjemna. Niesamowite, jak zespół szybko odnalazł się w nowym klimacie i wykorzystał go perfekcyjnie, co widać między innymi po tym, jak ciepło utwór przyjęty został przez fanów. Jedyne kontrowersje budzi głos Chrisa, znacznie zniekształcony na nagraniu, jak wielu uważa- niepotrzebnie.
Jednocześnie w internecie zaczęły pojawiać się niusy, że zespół pracuje również nad teledyskiem do pierwszego utworu promującego nowy album. Czy oznacza to, że Midnight nie pojawi się na nowym krążku? Byłaby to naprawdę wielka strata. Jednak tą teorię popiera fakt, że Coldplay zawsze pisał o Midnight  "New Song". Ani słowa o promocji płyty. Myślę jedna, że sprawa trochę się wyjaśni z momentem ukazania się nowego singla, Magic. Jednak data tego wydarzenia również jest nieznana. Niektóre źródła twierdzą, że utwór usłyszymy dopiero w maju, a na innych stronach możemy przeczytać, że piosenka trafi do sieci już w przyszły poniedziałek (niecałe sześć dni po wydaniu Midnight, trochę w to wątpię). Na razie zespół udostępnił zdjęcie z planu nowego teledysku.


Prawdopodobnie udostępniono właśnie to zdjęcie, by pokazać kontrast między wesołym, kolorowym Mylo Xyloto, a nadchodzącym nowym, na razie bezimiennym krążkiem. Napawa mnie to sporą nadzieją, bo może zespół stworzy równie mroczny i poruszający album, jak wydany niedawno utwór. Na razie pozostają nam tylko domysły, może dowiemy się czegoś już w nadchodzący poniedziałek. Trzeba czekać.

PS. Post będzie aktualizowany, jak tylko pojawią się jakieś nowe informacje.

F.



poniedziałek, 24 lutego 2014

Kult- Prosto

Trzy lata przyszło nam czekać na nowy krążek Kultu, z którym wiązano spore nadzieje. A to ze względu na wysoki poziom ich poprzednich albumów, Hurra i koncertowego MTV Unplugged, oraz zapewnienia Kazika w wielu wywiadach, że płyta będzie ich najlepszym tworem od lat. No i trzeba przyznać, że dotrzymał słowa.
Już pierwszy singiel, Układ Zamknięty, pokazywał, że album będzie zawierał cięższą muzykę, niż dotychczasowe dokonania Kultu. Piosenka przywodzi bardziej na myśl Kazika na Żywo w którym zastąpiono gitary trąbką, saksofonem i puzonem. Podobna sytuacja jest w tytułowym Prosto, albo w Twoje Słowo Jest Prawdą. Jednak są też lekkie, wesołe melodie, na przykład w Opowiadam się za miłością, czy typowo kultowym Dzisiaj Jest Mojej Córki Wesele. Są utwory zabawne, jak Największa Armia Świata Wzywa Cię, oraz typowe dla Kazika teksty związane z religią, tym razem już bardziej w formie błagania o wiarę, niż antykościelne. Jedynym problemem Prosto jest całkowite przyćmienie gitar przez instrumenty dęte. W dodatku grają wszystkie razem, w wielu momentach zagłuszają wszystko inne, co sprawia, że melodie wydają się niezwykle proste. Kazik sugerował, że płyta będzie tak brzmieć i to efekt zamierzony, ale to jednak trochę przeszkadza. Niektóre piosenki zlewają się w jedną papkę, brzmienie nie wnosi niczego ciekawego, na przykład w takim Życie Jest Piękne. Solówki gitarowe są tylko w dwóch utworach: w tym wspomnianym przed chwilą, oraz w Moja Myszko, choć w przypadku tego drugiego to bardziej krótki przerywnik gitarowy niż solówka. Jednak ta w Życie Jest Piękne prezentuje się całkiem nieźle i kończy płytę naprawdę czadowym riffem.
Teksty Kazika są na Prosto najlepsze od lat. Brakowało ich na Hurra, gdzie słowa większości piosenek były chaotyczne i poruszały zbyt wiele tematów na raz. A w przypadku nowego krążka są wyjątkowo trafne i konkretne. W pewnym stopniu rekompensują warstwę muzyczną niektórych utworów.
Zbierając to wszystko do kupy, Prosto jest albumem pełnym naprawdę dobrych piosenek, z których wiele ma potencjał radiowy, wiele może pozytywnie zaskoczyć, ale ma też parę słabszych pozycji, których można by spokojnie się pozbyć (na przykład takiego Teide). I pomimo kilku innych drobnych problemów i tak płytę spokojnie można umieścić w zestawieniu najlepszych albumów zeszłego roku.    
OCENA: 8,5/10

F.

sobota, 22 lutego 2014

Smash Mouth (1994-2001)



Smash Mouth to jeden z moich ulubionych zespołów. Został założony w 1994 roku przez
Steve'a Harwella, Grega Campa i Paula de Lisle'a. Większość utworów pisał Greg Camp, który odszedł z zespołu po nagraniu kilku płyt, jednak grupa jakoś radzi sobie bez niego. Zespół wydał jak dotąd sześć albumów studyjnych (nie licząc składanki Greatest Hits i płyty z coverami piosenek świątecznych), które można podzielić na dwie trylogie. Pierwsza z nich, to okres świetności zespołu, a druga ich upadek i powolne odejście w zapomnienie, za sprawą albumu Get the Picture?, który okazał się klapą. Single z tej płyty nie zostały prawie w ogóle dostrzeżone przez media, z wyjątkiem piosenki Hang On, wykorzystanej w filmie The Cat in a Hat, otoczonym jeszcze gorszą sławą niż Get the Picture?. Tyle, że wspomniany album, bardzo mi się podoba. Podobnie jak wszystkie inne krążki zespołu. Nie potrafię nawet wybrać swojego ulubionego. Jako, że kocham muzykę Smash Mouth i nie byłbym w stanie negatywnie ocenić żadnego z ich dokonań, postanowiłem, że opiszę dyskografię zespołu w dwóch postach, bez wystawiania ocen.W każdym z nich skupiając się na jednej ze wspomnianych trylogii.

Debiut Smash Mouth'a, Fush Yu Mang ukazał się w 1997 roku, promowany wielkim hitem, Walkin on the Sun. Utwór był spokojny, zabawny i chwytliwy. Jednak wielu fanów, którzy kupili ten album za sprawą wspomnianej piosenki, było nieco zawiedzionych. Znaczna część płyty, to punk-rockowe brzmienia w zupełnie innym stylu niż utwór promujący. Jednak na krążku są też spokojniejsze momenty, jak Disconnect the Dots, albo cover piosenki zespołu War, Why Can't We Be Friends?. Zespół zapoczątkował tym samym tradycję kończenia swojego albumu coverem (złamaną na Summer Girl). Teksty piosenek opowiadają o sprawach dość przyziemnych, ale płyta ma też elementy mroku. Debiut okrył się w Stanach podwójną platyną, jednak nie wróżono, że zespół utrzyma się dłużej na szczycie.

Jednak zmieniono zdanie w 1999 roku, gdy ukazało się Astro Lounge. Jest to największy sukces komercyjny zespołu. Piosenka Allstar okazała się jeszcze większym hitem niż Walkin on a Sun i została wykorzystana w całej masie filmów. Styl zespołu znacznie się zmienił. Został określony mianem ska punka z elementami surf rocka. Znacznie częściej niż na poprzedniej płycie używano keyboardu.Album jest też najdłuższym w ich dyskografii. Wszystkie szesnaście kompozycji jest utrzymanych w tajemniczym, kosmicznym klimacie. Zwłaszcza Home zachwyca swoim mrocznym brzmieniem. Oprócz Allstar utwór promowały też Then the Morning Comes, Waste i Stoned. Zwłaszcza ten ostatni niezwykle przypadł mi do gustu. Płyta jest spokojniejsza od poprzedniczki, ostre gitary można usłyszeć chyba tylko w Radio.


Po wydaniu drugiego albumu, oczekiwania wobec zespołu wzrosły. Smash Mouth zrobił ten jeden z najtrudniejszych dla muzyka kroków wydając drugą płytę lepszą od debiutu. Teraz musieli tylko utrzymać się na szczycie. Udało się. W 2001 roku ukazał się trzeci krążek zespołu. Muzycy ogłosili wcześniej konkurs dla fanów na jego nazwę. Zwyciężył (jak oryginalnie) Smash Mouth. Album był promowany coverem zespołu The Moonkeys, I'm a Believer i zyskał niemal taką popularność jak Allstar. Sporym przebojem okazało się także Pacific Coast Party. Choć płyta nie ma już takiego klimatu jak swoja poprzedniczka i nie przyniosła zbyt wielu zmian w stylu, wciąż jest na bardzo wysokim poziomie i zawiera parę ciekawostek. Smash Mouth jest po prostu bezpieczną kontynuacją Astro Lounge. To dobry krok, jeśli zyskuje się taką popularność. A co do ciekawostek o których wspominałem- zaskakuje na przykład Keep it Down, dziwaczny utwór rozpoczynający się szeptami Steve'a, w najmniej spodziewanym momencie ustępującym miejsce elektronice, przywodzącej na myśl rechot żaby. Dlatego właśnie nie wystawiam ocen tym albumom. Prawdopodobnie dla większości ta piosenka okaże się niezbyt udanym żartem muzycznym, jednak dla mnie brzmi niesamowicie. Chociaż może, ktoś usłyszy w niej tę głębię, którą ja usłyszałem.

O wydanym w 2003 roku Get the Picture? napiszę już w innym poście. O ile te płyty prawdopodobnie wielu pamięta, co do trzech następnych nie byłbym już taki pewien. Choć uwielbiam wszystkie albumu Smash Mouth, nie mogę ukryć, że tylko te pierwsze trzy miały w sobie tą przebojowość i oryginalność, dzięki której zyskali popularność na całym świecie.

F.

Green Day- 21st Century Breakdown

Ne jestem wielkim fanem zespołu Green Day. Muszę zaznaczyć, że nie przesłuchałem wszystkich ich albumów, a większość z tych przesłuchanych niespecjalnie przypadła mi do gustu. Ciężko jest stworzyć oryginalną muzykę rockową, grając w trio. Większość ich piosenek to łatwe melodie i zmieniające się chwyty gitarowe w niespecjalnie skomplikowanych rytmach. Próżno u nich szukać ciekawych riffów, czy oryginalnych rozwiązań. Cała ich magia leży w przebojowości i klimacie, w jakim jest utrzymany dany album. A w tym 21st Century Breakdown jest najlepszy. Jest to kolejna, po American Idiot opera rockowa. Album jest podzielony na trzy akty, które opowiadają o losach Glorii i Christiana za rządów Georga Busha. Choć aranżacje utworów są często do siebie podobne, to płyta nie nudzi. Właśnie dlatego, że przedstawia jedną, spójną historię. W klimat albumu świetnie wprowadzają już pierwsze dwa utwory, Song of the Century, oraz utwór tytułowy. Choć niektóre piosenki, zwłaszcza w trzecim akcie, są już nieco monotonne, ten fakt nie zraża tak bardzo, jak na trylogii albumów, którą zespół wydał w 2012 roku. Tamte utwory były zwyczajnie zbędne, natomiast na 21st Century Breakdown są ważną częścią historii. No i pojawiają się również takie perełki, jak Peacemaker, czy Viva la Gloria? (Little Girl), których melodie niezwykle wyróżniają się na tle albumu. Nie za sprawą swojej przebojowości, tak  jak Know Your Enemy, ale nietypowymi dla Green Day'a melodiami. Jak dla mnie, ta płyta zasługuje na miano najlepszego albumu Green Day, nie American Idiot, ani Dookie. Choć może nie ma takich przebojów jak Holiday, lub American Idiot, ale  jako całokształt, krążek prezentuje się dużo lepiej.
OCENA: 9/10

   F.

niedziela, 9 lutego 2014

Imagine Dragons- Night Visions

www.tellallyourfriendsmusic.com

Recenzję Night Visions piszę po jednym przesłuchaniu płyty, ale myślę, że w tym przypadku to wystarczająco żeby wyrobić sobie opinię. Album to właściwie kilkanaście przebojowych piosenek z niezbyt skomplikowanymi melodiami, które albo odpychają na samym początku, albo niesamowicie wciągają. Styl Imagine Dragons jest określany jako pop- rock, choć co do tego drugiego nie byłbym taki pewien. Gitary są na Night Visions zepchnięte na dalszy plan, główne skrzypce grają popowe melodie, sample i nieco coldplayowe śpiewy zespołu. W ogóle, płyta chwilami przypomina jakąś dziwną mieszankę Coldplaya, Linkin Parka i jeszcze jakiejś jednej, ich własnej rzeczy, która czyni ich muzykę oryginalną. Choć pewnie nie każdy się ze mną zgodzi, bo takich utworów jak na przykład Demons było już pełno i na albumie nie da się znaleźć chyba niczego, co by mogło kogoś naprawdę zaskoczyć. Podczas jego słuchania czuje się lekkie deja vu, ma się poczucie, że słyszysz przetarte popowe schematy. Ale ta unikalność, o której wspominałem, jednak tam jest.  Polega na tym, że album brzmi jak składanka Greatest Hits. Chyba każdy z utworów nadawał by się do radia. Inną zaletą Night Visions jest jej lekko mroczny klimat. Płyty najlepiej słucha się w nocy, przed snem. kiedy te utwory słyszymy w radiu, wydają się być kolejnymi popowymi pioseneczkami, dobrymi na imprezy i do wspólnego śpiewania. Jednak o wiele lepiej zrozumieć można ten album słuchając go po ciemku w samotności. Mogę spokojnie powiedzieć, że jest tak piękny i tajemniczy, jak jego okładka.
OCENA:8/10

F.

Daft Punk- Random Access Memories

www.clubic.comChyba nie ma kogoś takiego, kto nie usłyszałby o ostatnim albumie Daft Punka. Głównie za sprawą wielkiego hitu minionego roku, Get Lucky nagranego z Pharellem Williamsem. wokalista pojawia się jeszcze raz  na Random Access Memories, w Lose Yourself to Dance, która jest trochę nudnawym klonem Get Lucky, opartym na tym samym schemacie. Z utworów bardziej przebojowych można jeszcze wyróżnić Instant Crush, piosenkę raczej w klimatach popowych, z pięknym wokalem Juliana Casablancas'a. Jednak na płycie są też utwory zbędne, które niepotrzebnie wydłużają czas trwania albumu. Płyta i tak ma siedemdziesiąt minut, niektóre utwory można by spokojnie z niej wyrzucić. Na przykład takie Game of Love, które zwyczajnie nudzi. Inną wadą Random Access Memories jest to, w jakim stopniu goście zaproszeni przez zespół przyćmili samych autorów. Charakterystyczny, elektroniczny śpiew Daft Punku jest wysunięty na pierwszy plan zaledwie w kilku utworach, a w wielu nie ma ich w ogóle. A takie Fragments of Time nie ma z muzyką elektroniczną nic wspólnego. Co nie zmienia faktu, że utwór jest dobry. Myślę, że osoby, które kupiły album po usłyszeniu Get Lucky nie będą zawiedzione. Większość utworów jest ciekawa i łatwa w odbiorze , co jest ważne przy tworze tak dobrze rozpromowanym. Trochę inną opinię o albumie mogą mieć zagorzali fani dawnego, bardziej elektronicznego i mniej komercyjnego Daft Punka. Jednak ostatecznie można uznać płytę za udaną. Kiedy wyda się tak dobry utwór promujący, trudno jest stworzyć album, który spełni oczekiwania fanów. Jednak w tym przypadku się udało.
OCENA: 6,5/10

F.

sobota, 8 lutego 2014

Strachy Na Lachy- !TO!

Kiedy pierwszy raz przesłuchałem nowy krążek SNL byłem dość mocno zawiedziony. Choć Grabaż już wcześniej opowiadał, że !TO! będzie przeciwieństwem swojej genialnej poprzedniczki, Dodekafonii, to nie sądziłem, że zmiana będzie tak widoczna. Zespół stracił to, co w nim najbardziej lubiłem- głębokie teksty, mroczne, zapadające w uchu brzmienia świetne wykorzystanie sampli. Nawet głos Grabaża nie brzmi tu tak melodyjnie jak na poprzednich płytach. Piosenki są raczej proste, podobne do siebie i oparte głównie na prostych, gitarowych riffach. Nie twierdzę, że utwory są słabe. Choć nie wszystkie mi się podobają, to
merlin.pl
 płyty słucha się całkiem przyjemnie. Po prostu brzmią one, zwyczajnie,   przeciętnie, nie ma w nich tej nutki tajemniczości i poezji jaka była na wszystkich poprzednich krążkach zespołu, nawet tych z coverami. No, ale nie ma co narzekać. teksty, choć prostsze, wciąż świetnie opisują polską rzeczywistość. Jest parę świetnych utworów, jak I Can't Get No Gratisfaction, czy Dreadlock Queen. Zwłaszcza uwagę przyciąga ten drugi utwór, najbardziej przypominający stylem dawne Strachy. Szkoda tylko, że to nie on kończy album, zamiast Żeby Z Tobą Być. Już w poprzedniej recenzji wspominałem jak ważne dla mnie jest zakończenie płyty. A tu album kończy się jakimś "szaj szubidu szaj". Jakoś mnie to nie przekonuje. Podsumowując, Strachom zmiana stylu niespecjalnie wyszła na dobre. Choć płyta jest lekka i przyjemna dla słuchacza, to z tą całą lekkością zdecydowanie przesadzili. Jak dla mnie, płyta jest zbyt banalna. Ponadto, jako minus można też uznać okładkę, która jest najbrzydszą okładką w historii zespołu. Jako plusy !TO! zdecydowanie można podać sporą ilość piosenek z potencjałem na stanie się radiowym hitem i parę naprawdę trafnych tekstów. Ale to jednak za mało, by równać się z Dodekafonią, czy Piłą Tango.
OCENA: 5,5/10

F.                                                                                                               

czwartek, 6 lutego 2014

Thom Yorke- The Eraser

The Eraser to pierwszy i jak dotąd jedyny solowy album Thoma Yorka, lidera Radiohead. I zarazem mój ulubiony album w ogóle. Znajduje się na nim dziewięć minimalistycznych, elektronicznych piosenek. Choć płyta zaczyna się od trochę topornego utworu tytułowego, to potem jest już tylko lepiej. W Analyse pianino w piękny sposób zlewa się z elektroniką, a głos Yorke'a brzmi po prostu genialnie. The Clock zachwyca hipnotycznym bitem naśladującym tykanie zegara i charakterystycznym mruczeniem wokalisty. W Black Swan najbardziej wyróżnia się typowo radioheadowe brzmienie gitary. Podczas słuchania Skip Divided ciężko nie poczuć niepokoju za sprawą mrocznego syczenia węży i pomruków Thoma w tle. Jest swego rodzaju kontrastem dla następującego po nim Atoms for Peace. Utwór jest bardzo melodyjny, a brzmienia sampli są lekkie i milutkie. To najbardziej charakterystyczna piosenka na płycie. W klimat wcześniejszych utworów wraca And It Rain All Night nieco podobny do The Clock. Przedostatnim już utworem na krążku jest Harrowdown Hill, który jest zarazem jej najlepszym momentem. Jest w nim wszystko co najlepsze w tym albumie: powalający wokal, hipnotyzująca elektronika i niesamowita solówka gitarowa na koniec (szkoda tylko, że nie jest trochę dłuższa). Naprawdę, całość daje niesamowity efekt. Potem słyszymy Cymbal Rush, finałowy utwór. Jest dosyć monotonny i wypada trochę blado na tle całości albumu, a szkoda, moim zdaniem ważne jest, by zakończenie albumu najbardziej zapadało w pamięć. Ale Cymbal Rush jest bardziej rozładowaniem emocji po Harrowdown Hill. Ale i w nim jest zachowane to, co w The Eraser jest najważniejsze- idealne połączenie delikatnej muzyki elektronicznej z brzmieniem gitar. Płyta jest spokojna, nie bombarduje słuchacza ostrymi solówkami i głośnymi samplami zagłuszającymi wszystkie instrumenty. Zachwyca również okładka i obraz wewnątrz albumu. Kiedy zbierzemy to wszystko razem, uzyskujemy czterdzieści minut spójnej, delikatnej, lekko niepokojącej muzyki. I zdecydowanie widać, że kryje się w niej coś głębszego.
   OCENA: 10/10

F.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Coldplay- Mylo Xyloto

Piąty studyjny album Coldplaya przyniósł wiele zmian w stylu zespołu. Melodie były weselsze niż na poprzednich krążkach, pojawiło się więcej wpływów muzyki pop. Z tejże przyczyny album nie zyskał poparcia ortodoksyjnych fanów muzyki rockowej. Jednak moim zdaniem taki nowy powiew świeżości był zespołowi potrzebny. Wielu narzekało, że Coldplay nie potrafi sworzyć niczego poza jękliwym zawodzeniem. Cóż, po przesłuchaniu Mylo Xyloto będą musieli zmienić zdanie.
Na płycie znajduje się jedenaście piosenek, oraz trzy krótkie, instrumentalne preludia. Po pierwszym z nich słyszymy trzy najbardziej przebojowe utwory na krążku: Hurts Like Heaven, Paradise i Charlie Brown. Zwłaszcza w Paradise słychać elementy muzyki popowej, gitary są tam w znacznym stopniu zagłuszone przez sample. Na albumie jest także kilka piosenek opartych jedynie na dźwiękach gitary akustycznej, min. Us Against The World, U.F.O. i w nieco mniejszym stopniu Major Minus, w którym trudno nie usłyszeć wpływów  U2. Piosenki są wesołe, barwne    i miłe dla ucha. Jedyne co może zrazić wielu fanów zespołu, to utwór Princess Of China wykonywanym wraz z Rihanną i nie mający z rockiem właściwie nic wspólnego. Według mnie, niespecjalnie pasuje on do reszty materiału, zwłaszcza wokal Rihanny. Nie twierdzę, że piosenka jest zła, po prostu nie powinna się tam znaleźć. Ogólnie rzecz biorąc, Mylo Xyloto jest albumem udanym, utrzymanym w radosnym, kolorowym klimacie. Może nie do końca spójnym stylistycznie, ale nie rzutuje to zbyt negatywnie na całokształt.
  OCENA: 7/10

 F.

niedziela, 2 lutego 2014

LCD Soundsystem- 45:33

         W 2006 roku LCD Soundsystem wydało niezwykłe EP. Niezwykłe z kilku powodów: po pierwsze ze względu na swoją długość mogłoby właściwie zostać uznane za album, po drugie zawiera podobno soundtrack do biegania, no i po trzecie- jest ciekawym tworem z gatunku muzyki elektronicznej, zupełnie niepodobnym do wcześniejszej twórczości zespołu. Oprócz tego zawiera tylko jeden utwór, tytułowy, pocięty na sześc części. Pierwsza z nich jest dwuminutowym intrem, pełnym mieszających się w chaosie sampli i dźwięków pianina, które w drugiej części  zaczynają układać się w zgrany rytm. W pewnym momencie słyszymy w końcu głos Jamesa Murphiego. Niestety nie pojawia się zbyt często na krążku. Jedynie w części drugiej nie jest zniekształcony przez komputer. Po jakichś pięciu minutach na pierwszy plan wychodzą dźwięki sampli tworzących melodie w części trzeciej, pianino zanika. Część trzecia nie zawiera żadnych partii wokalnych, melodia jest grana na dzwonkach. Po ośmiu minutach melodia zaczyna się zmieniać i rozpoczyna się moja ulubiona część- czwarta. Rytm jest najżywszy, ten fragment wydaje mi się najlepszy do joggingu. W drugiej minucie zniekształcony przez komputer głos opowiada ledwie zrozumiałą historię o swojej "podróży w kosmos". Później pojawia się wokal żeński, już nieco bardziej melodyjny. Jej głos wraz z brzmieniem elektronicznym chwilami zlewają się ze wspaniałą partią instrumentów dętych. Uwielbiam wykorzystanie tych instrumentów w muzyce elektronicznej. Potem jest jeszcze solówka i powolne wyciszenie. I wtedy ostre brzmienie trąb rozpoczyna część piątą, szybko są jednak zastąpione przez perkusję, elektronikę i komputerowy wokal. Po dziewięciu minutach częśc piąta szybko się urywa i przechodzi w zdecydowanie zbyt długą częśc szóstą. Jest ona wyciszeniem, zakończeniem utworu, przypominającą raczej muzykę relaksacyjną. Nic konkretnego się przez te osiem minut nie dzieje, aż do ostatnich sekund, gdzie muzyka zwalnia i następuje cisza.
Podsumowując, 45:33 jest niezwykłym dziełem, które powinien przesłuchać każdy fan muzyki elektronicznej. Czy faktycznie nadaje się do słuchania podczas biegania? Część czwarta i piąta na pewno, co do reszty nie byłbym taki pewien. Jedynym zarzutem jaki mam do 45:33 jest część szósta. Dla mnie bardzo ważne jest zakończenie albumu, a to było po prostu nijakie. Brakuje też trochę charakterystycznego głosu Murphiego, ale nie ma co narzekać- 45:33 i tak pozostaje jedną z moich ulubionych płyt z muzyką elektroniczną.
OCENA: 8,5/10

F.